Beskid Niski – zimowe przejście szlakiem granicznym

Początek tej historii ma miejsce w listopadzie, w trakcie corocznego męskiego wyjazdu, który organizuję. Mój przyjaciel Piotr Jędrzejas, opowiedział mi o swoim zimowym pomyśle:

przejścia niebieskiego szlaku granicznego, który jest drugim co do długości pieszym szlakiem w Polsce.

Od razu zapaliła się lampka w mojej głowie! Dla mnie tereny Beskidu Niskiego czy Bieszczadów są zupełnie nieznane. Do tego wizja zimy, której brak odczuwam,  sprzętu biwakowego w plecaku, zapasu jedzenia niesionego na plecach… no musi być ekstra! 

POCZĄTEK WĘDRÓWKI W WYSOWEJ – ZDRÓJ

Skoro wszystko dograne, termin ustalony, zabezpieczenie rodziny zapewnione to można ruszać. 10 stycznia wsiadłem w pociąg do Krakowa i na dworcu PKP w Krakowie spotkałem się z Jędrzejasem, który tego dnia dotarł do Krakowa z Jeleniej Góry. Poszliśmy coś przekąsić do “Glonojada” na pl. Matejki i wsiedliśmy w autobus do Wysowej – Zdrój, do której dojechaliśmy ok 22:30. Wyszło z tego jakieś 12h drogi od mojego wyjścia z domu.

Na nasz pierwszy nocleg zarezerwowałem pokój w Domu Gościnnym Orange. Z tego miejsca pragnę wszystkim zarekomendować lokalizację. Za nocleg zapłaciliśmy 40zł/os. a na miejscu czekało na nas wino i ręczniki poskładane jak w hotelu w Hurgadzie 🙂

Ponieważ było to nasze pierwsze wspólne wyjście od jakiś 4 lat a ja miałem w dniu kolejnym urodziny to postanowiliśmy to należycie uczcić. W związku z tym nie położyliśmy się wcześnie spać i zbyt wcześnie nie wstaliśmy. Jędrzejas natomiast stanął na wysokości zadania i rano poszedł po zakupy, żeby przygotować dla mnie “śniadanie urodzinowe”. No i chwała mu za to, bo gdyby nie on, to pewnie dalej zalegałbym w łóżku.

Posileni ruszyliśmy przed siebie, żeby dojść do szlaku niebieskiego, którym mieliśmy wędrować przez tydzień.

Szlak wiodący przez bardzo urokliwe miasteczko Wysowa – Zdrój, nagle odbija w lewo i wchodzi w pasmo górskie Beskidu Niskiego.

PIERWSZY NOCLEG NA SZLAKU – UWAGA! NIEDŹWIEDŹ!!!

Pojechaliśmy po zimę i dostaliśmy ją w pełnej okazałości. Śnieg był zmrożony i żeby zrobić krok najpierw należało przebić się przez warstwę lodu a następnie wyszarpać nogę ze śniegu. Warunki były dosyć ciężkie. Na początku planowaliśmy przejść tym szlakiem w rakietach śnieżnych ale w ostatniej chwili z nich zrezygnowaliśmy ze względu na pogodę – warunki na szlaku nie sprzyjały chodzeniu w rakietach. Na skiturach też byłoby ciężko. Na własnych nogach również lekko nie było. Ale przecież i tak w tym wszystkim chodzi o przygodę, bliski kontakt z naturą i wzajemne towarzystwo!

Z uwagi na późną godzinę wyjścia, porę zimową – kiedy wcześnie robi się ciemno, nie udało nam się pierwszego dnia urobić zbyt wiele. Ciężkie plecaki z zapasem jedzenia na tydzień, sprzętem biwakowym i trudne warunki na szlaku dały się we znaki. Tego dnia przeszliśmy ok 12 km i ponad 600 m w górę. Obóz założyliśmy przy szlaku.

Czuliśmy zimę całym ciałem. Mroźny wiatr wiał na tyle skutecznie, że nie byliśmy w stanie ogrzać się przy ognisku.  Ale mimo wszystko, w takich okolicznościach przyrody ognisko jest najlepszym miejscem do wieczornego biesiadowania. Nie obeszło się też bez przygód! Poszedł Jędrzejas po drewno na opał i wrócił przerażony z informacją, że tuż obok naszego obozu znalazł niepokojące go tropy.

Po dokonaniu dogłębnej analizy i konsultacjach ze światem zewnętrznym trop ten przypisaliśmy niedźwiedziowi. Nie był to świeży ślad a niedźwiedzie powinny już  dawno spać, ale lepiej dmuchać na zimne. Cały nasz prowiant oraz wszystkie śmieci postanowiliśmy dla bezpieczeństwa zawiesić wysko na drzewie.

Kiedy już znaleźliśmy odpowiednie drzewo i zaczęliśmy nań zawieszać nasz prowiant okazało się, że obok drzewa przebiegają te same ślady ale wyraźnie idą one w przeciwnym kierunku. Nie pozostało nam nic innego jak dobrze zabezpieczyć naszą spożywkę i pójść spać z nadzieją, że zapachy nie wybudzą niedźwiedzia ze snu zimowego. 

Ta noc była moją najlepszą w trakcie trwania całej naszej wędrówki. Spałem bardzo dobrze, było mi komfortowo i jedynie pragnienie dało sie nad ranem we znaki. Na szczęście Jędrzejas miał ze sobą sok pomidorowy. Mimo stosunkowo wczesnej pobudki, to czas potrzebny na przygotowanie śniadania i poskładanie obozu sprawił, że znowu ruszylismy trochę później niż planowaliśmy. Tego dnia również pierwszy i ostatni raz widzieliśmy Słońce.

DO RADOCYNY CZYLI NA KONIEC ŚWIATA

Ustaliliśmy z Jędrzejasem, że dzisiaj chcemy dojść do Radocyny. Znajduje się tam baza namiotowa SKPB, a na niej całoroczna chatka. Mimo, że w związku z tym planem musieliśmy nieco zboczyć ze szlaku granicznego, to perspektywa pieca w chatce, możliwości wysuszenia się, braku potrzeby rozkładania i składania obozu była obiecująca. Do tego Jędrzejas jest emocjonalnie z tym miejscem związany a ja miałem tam być już dawno. Skoro nadarzyła się okazja, to należało z niej skorzystać.

Po drodze, na szlaku trafiliśmy na austriacki cmentarz z I wojny światowej. Nie miałem pojęcia jak wiele takich cmentarzy znajduje się na terenie Beskidu Niskiego. Do tego obóz konfederatów barskich i cała masa historii Polski ukryta w górach. W samej Radocynie znajdują się “drzwi do zaginionego świata”: drewniane drzwi prowadzące… donikąd. Te nietypowe pomniki autorstwa Natalii Hładyk upamiętniają łemkowskie wsie, które wskutek historycznej zawieruchy zniknęły z mapy. W ogóle Radocyna zrobiła na mnie ogromne wrażenie, głównie przez to, że wzdłuż jedynej, głównej drogi stoi kilka domów, pustych, nieczynnych oraz niedawno wybudowanych. Generalnie czuć, że to jest koniec świata. Nic tam nie ma. Przy drodze widać jedynie kapliczki, które kiedyś mieszkańcy stawiali przed swoimi domami. A w tej łemkowskiej wiosce mieszkało kiedyś ok 500 osób. Była tu szkoła, czytelnia, dwa sklepy i nawet prężnie działający wiejski tatr. A teraz niema nic.

Ciężki był to dzień fizycznie i nawigacyjnie. Szlaki miejscami były nieprzetarte, drzewa i namalowane na nich szlaki były zasypane śniegiem; praktycznie przez cały dzień towarzyszyła nam mgła. W wyznaczaniu kierunku pomagał nam gps, bo jakby jego z nami nie było to pomocny byłby tylko kompas z mapą. I mimo posiadanego gps’a i tak miejscami musieliśmy się przedzierać przez chaszcze, bo szlaki Beskidu Niskiego są ewidentnie rzadko uczęszczane a pokryte w całości śniegiem sprawiają wrażenie jakby ich tam w ogóle nie było. 

Tego dnia przez ponad 4h przeszliśmy 13 km i 300 m w pionie. Szału nie ma ale tak wyszło. Do Radocyny przyszliśmy lekko spompowani i marzyliśmy tylko o tym, żeby napić się piwa. Najbliższy sklep jest 15 km od bazy namiotowej. Ustaliliśmy, że pójdziemy do leśniczego, żeby odkupić od niego jego prywatne zapasy. Czuliśmy, że uda nam się tego piwa napić. No i jakie było nasze zdziwienie, kiedy wchodząc do chatki spotkaliśmy w niej ludzi, którzy spędzili tu poprzednią noc. W piecu napalone, dobrzy ludzie nakarmili nas ciepłym makaronem z warzywami, zostawili nam na piecu ok 2l gorącej herbaty z owocami i…. sprzedali nam 6 puszek piwa po 2zł/szt.! To się nazywa mieć szczęście! Darek – przyjacielu, jeśli to czytasz to ja raz jeszcze pięknie Ci dziękuję za Twoją postawę!

Zejście do chatki to był strzał w dziesiątkę! Wysuszyliśmy nasze namioty z nocy poprzedniej, posiedzieliśmy w cieple, najedliśmy się i napoiliśmy. Dzięki temu, że nie trzeba było “się składać” następnego dnia ruszyliśmy ok 09:00 co na samym początku wróżyło sukces.

TRZECI DZIEŃ WĘDRÓWKI

Jest jakaś taka niepisana zasada, że dzień trzeci wędrówki to taki dzień, kiedy wszystko w plecaku się ułoży, nogi przyzwyczają się do ciężaru i idzie się lżej niż do tej pory. Z całą pewnością plecaki są lżejsze, bo zniknęły z nich napitki i część prowiantu. W związku z czym  do tego dnia postanowiliśmy podejść ambitnie: Dojdźmy do Schroniska Hajstra w Hucie Polańskiej. Do tej pory , przez dwa dni przeszliśmy 25 km a dzisiaj celujemy w prawie 30 km w jeden dzień! Ale na końcu tej wędrówki żarzy się gorący prysznic i zime piwo. Także mamy silną motywację. Już na samym początku po wyjściu z Radocyny szlak się urywa. Próbujemy go jeszcze przez chwilę odnaleźć ale bez sukcesu. Nie widać oznaczeń na drzewach, nie ma ewidentnej drogi, śniegu wszędzie tyle samo, więc stawiamy na wskazania gps i ruszamy na azymut, by po jakiś 20 min dojść do szlaku granicznego.

Docieramy do Przełęczy Beskid nad Ożenną/Poliankse Sedlo(SK), zrzucamy plecaki, żeby się posilić i nawodnić. Obok nas zatrzymuje się bus z Polski. Z busa wysiada kierowca – Krzysiek i zaczynamy rozmawiać o warunkach panujących na szlaku, o tym skąd i dokąd idziemy, o tym co nas spotkało, itd. Krzysiek ma zamontowany tachograf więc musi pauzować przez 15 min. Okazuje się, że jest mocno związany z górami i że miał swój udział w budowaniu wiaty przy schronisku w Zyndranowej. Zachęca nas, żebyśmy z niej skorzystali. Na odchodne wręcza nam po piwie.

Piwo ciepłe a my już jesteśmy nawodnieni. Przed nami jeszcze kawałek drogi, więc chowamy piwo do plecaka i zostawiamy je sobie na później. Kolejny dowód na to, że na świecie jest cała masa dobrych ludzi. Karma wraca!

Dzisiejsza trasa daje nam mocno w kość. Tego dnia przeszliśmy ponad 26 km i ponad 750 m w pionie. Jędrzejas zgłasza pierwsze problemy z kolanem. W zeszłym roku naderwał chłopina więzadło w kolanie i teraz mu się to przypomina. W sumie nie ma się co dziwić, ponieważ idzie się ciężko. Ja przez cały dzień szedłem w raczkach i szło mi się o wiele lepiej niż dnia poprzedniego.

Do schroniska docieramy już po zmroku. Wchodzimy tylnymi drzwiami, bo do końca nie mieliśmy pewności czy dobrze trafiliśmy. Wita nas miły gospodarz i na pytanie: “Czy jest piwo?” słyszymy tę najgorszą z możliwych odpowiedzi: “nie prowadzimy sprzedaży alkoholu”. Prawie się załamaliśmy. To my tu w śniegu, od przeszło 8 godzin idziemy po piwo właśnie! Na poprawę nastroju właściciel wręcza każdemu z nas po 1l butelce pepsi. No i sytuacja zostaje lekko uspokojona. Gospodarz prowadzi nas to przytulnego pokoju, zamawiamy kolację i oddajemy się błogiemu odpoczynkowi.

Schronisko jest świetne, bez dwóch zdań. Nie wiem skąd nazwa “schronisko” bo według mnie jest to agroturystyka z końmi. Ale do rzeczy. Świetny gospodarz, gustowne wnętrza, przystępne ceny. Brak zasięgu telefonii komórkowej i brak wi-fi. Nie ma bufetu więc jedzenie trzeba zamawiać z wyprzedzeniem. To informacja dla tych wybierających się tam. Lokalizację z całego serca polecam.

WIATA W ZYNDRANOWEJ  ZAMIAST SCHRONISKA

Leżąc wieczorem w łóżkach, popijając kolejny kubek herbaty snujemy dalsze plany. Wychodzi nam, że jeśli utrzymamy tempo to za dwa dni powinniśmy dojść do Komańczy i tym samym przejdziemy cały Beskid Niski. Brzmi nieźle i aż szkoda, że ten początek tak dobrze nam nie poszedł. No ale żeby to się udało, to składowych jest kilka. Warunki na szlaku, nasza sprawność i pogoda. Tyle teorii bo idziemy generalnie bez napięcia i ambitnego planu. Jak się uda przejść cały Beskid Niski zimą to będzie super. Jak się uda przejść jeszcze kawałek Bieszczadów to będzie ekstra. W końcu mamy prawie tydzień wolnego. Czas jednak pokaże co z tego wyjdzie. Zasadę mamy jedną i jej się trzymamy: “Idźmy”.

Wyspani, dobrze rano nakarmieni przez gospodarza znowu ruszamy ok 09:00. Cel na dzisiaj: dojść do chatki w Zyndranowej, którą polecił nam poznany na Przełęczy Beskid pod Ożenną Krzysiek. W Zyndranowej jest schronisko, ale nie jest to obiekt całoroczny. Jędrzejas do nich dzwonił przed naszym wyjściem, ale dla dwóch osób nikt z Rzeszowa nie przyjedzie, żeby otworzyć budynek. Wiemy, że za schroniskiem jest wiata i w niej możemy się przespać, To nam wystarczy. Ruszamy!

Oprócz tego, że naszym celem jest wiata w Zyndranowej to mamy też cel pośredni – przejście graniczne w Barwinku. Liczymy, że znajdziemy tam sklep, w którym będziemy mogli się wyposażyć w napoje smakowe, których zabrakło w Hajstrze i w Zyndranowej raczej też niczego nie dostaniemy. Finalnie na starym przejściu granicznym jest sklep. Sklep – widmo. Po przekroczeniu progu ukazuje się wielka lada chłodnicza z mięsem. No i trochę jak do mięsnego się wchodzi, a obok sklep ze wszystkim (oprócz mocnego alkoholu). Kupiliśmy piwo, jakieś słodycze i ruszyliśmy dalej. Mapa pokazywała, że od tego miejsca jeszcze jakieś 2h drogi do Zyndranowej, jednak na szlaku spotkała nas miła niespodzianka bo przewodnicy z SKPB Rzeszów zrobili swój szlak do schroniska, dzięki któremu zaoszczędziliśmy godzinę. Niestety na zejściu do doliny Jędrzejas poślizną się i niefortunnie wykręcił bolące go kolano. Ten upadek nie wróżył nic dobrego…

DWA DNI DROGI DO KOMAŃCZY

Mi z tego biwaku w pamięci pozostanie ognisko. Nigdy w życiu nie miałem takich trudności z rozpaleniem ognia. Rozpalałem wielokrotnie ogień w deszczu, w zimie, w śniegu ale to co się  działo tego wieczoru jest dla mnie niepojęte. Kiedy już w końcu udało się uzyskać ogień, usmażyłem sobie symboliczną kiełbasę i stwierdziłem, że nie mam już siły i chęci podtrzymywać ognia. Poszedłem zawinąć się w spiwór i pogadać z Jędrzejasem o dalszych losach naszej wyprawy… 

Pierwsze zdziwnienie wywołał fakt, że do Komańczy mamy stąd dwa dni drogi (ponad 40km) a przecież wczoraj jak gadaliśmy to wychodziło, że w dwa dni dojdziemy do Komańczy właśnie przez Zyndranową. Drugie to noga Jędrzejasa, która nagle postanowiła rozdawać karty w naszym duecie. Ustaliliśmy, że pewne jest to, że w góry chodzimy dla przyjemności i nic tu na siłę robić nie będziemy. Jędrzejas zdecydował poczekać z decyzją do rana. Chciał dać się nodze przespać. Tego dnia przeszliśmy 24 km i ponad 950 m w pionie.

Rano okazało się, że z nogą wcale nie jest lepiej. Zdecydowaliśmy o wycofie i powrocie do domu. 

Jadąc już w busie do Dukli uzmysłowiłem sobie, że mogliśmy to inaczej rozegrać. Mogłem się przepakować i rano na lekko ruszyć do Komańczy w której czekałby na mnie Jędrzejas. Mógłbym wspominać teraz zimowe przejście całego Beskidu Niskiego. Ale trochę za późno się zorientowałem. Nic to. Jest dokąd wracać, bo zimowe przejście Beskidu Niskiego nie zostało zakończone.

Poniżej załączam mapę naszego przejścia. Nie jest to ślad gpx a przebieg trasy zaplanowany w mapa-turystyczna.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *