Długi weekend w Holandii – szlakiem holenderskich symboli

Mówię Holandia i myślę: wiatraki, tulipany, rowery, Amsterdam… Tyle jednym tchem. Po chwili zastanowienia mogę dodać sery, coffee shopy i drewniane chodaki. A potem: czyste miasteczka i wioski z krowami i końmi, jak z obrazka, które dopełniają tej sielanki. Na dodatek powszechnie uważa się, że Holendrzy świetnie mówią po angielsku więc nie ma kłopotów z dogadaniem się. Czy coś jeszcze mogło nas powstrzymać od wybrania się tam w długi majowy weekend? Tak, właśnie wtedy, gdy kwitną pola tulipanów.
 
 

WIATRAKI

 
Do Holandii chcieliśmy pojechać od dawna. Skusił nas wiatrak znaleziony w ofercie CASAMUNDO. Mieszkając w takim miejscu na dobrą sprawę można by się nigdzie nie ruszać. To kwintesencja tego kraju, jego symbol i właściwie Holandia sama w sobie. Wiatrak stał się naszym domem na kilka dni i mimo, że żyjemy w czasach, w których centrum handlowe w starym browarze czy też  mieszkanie w starym szkolnym autobusie nikogo nie dziwi, to jednak taka okazja wywoływała w nas szybsze bicie serca, a w dzieciach okrzyki radości za każdym razem, gdy wracaliśmy z całodniowej wycieczki. Majówkę spędzaliśmy wspólnie z dwiema innymi podróżującymi rodzinami: Our little adventures oraz Vanilla Island, więc okrzyków było dużo, a radość mnożyła się przed dodatkowe osiem osób. Wiatrak bez problemu pomieścił nas wszystkich 🙂
 

NOCLEG W WIATRAKU

My mieszkaliśmy w wiatraku, który w środku został zaadaptowany na cele mieszkalne. Ale w Holandii czynnych jest jeszcze ponad tysiąc wiatraków. Służą one do mielenia różnego rodzaju zbóż, mogą także, jak to często dawniej miało miejsce w Holandii, służyć do osuszania terenu.”Nasz wiatrak” jest datowany na rok 1904, jednak komfort mieszkania w nim niewiele różnił się od tego, do którego przywykliśmy na co dzień. Wielka kuchnia z ogromnym stołem, przytulne sypialnie i malownicze okna, które im wyżej po schodach się wspinaliśmy, stawały się małymi okienkami, robiły na nas ogromne wrażenie. Dzieci z kolei bawiły się od rana przed wiatrakiem, a ich ulubionym zajęciem było turlanie się z góry na dół po trawie. Raz udało nam się zjeść obiad na zewątrz, w cieniu wiatrakowych skrzydeł. Było tak tylko raz, bo owszem, moglibyśmy być tylko i wyłącznie w wiatraku, który zapewniał nam moc radości, jednak niespokojny duch codziennie kierował nas w inne, niezwykłe miejsce w Holandii.

 

 

 

 

 

 

 

AMSTERDAM

Obowiązkowym dla nas przystankiem w trakcie tej majówki był oczywiście Amsterdam, nazywany Wenecją Północy. Typowa pocztówka z Amsterdamu to rower, a w tle kanały. Można powiedzieć właściwie, że Amsterdam to miasto na wodzie – ma największy system kanałów na świecie. Wzdłuż nich ciągną  się piękne, charakterystyczne dla amsterdamskiej zabudowy, kamienice. Od achów i ochów można dostać zawrotu głowy, a marzeniem staje się posiadanie w oku migawki aparatu fotograficznego. Wszystko jest tak piękne, tak unikatowe i stylowo skomponowane zarazem, że poczucie niedosytu powstało w nas już od pierwszych chwil.Do Amsterdamu przyjechaliśmy samochodami, które zostawiliśmy na parkingu, by miasto podziwiać z pozycji roweru. Złota zasada rowerowego turysty w Amsterdamie powinna brzemieć: zwiedzamy na rowerze, często zbaczając z zaplanowanej trasy. My mieliśmy w telefonie wgraną aplikację Bike Citizens, która prowadziła naszą bandę po krętych uliczkach wzdłuż najbardziej znanych punktów miasta. Nasza rowerowa eskapada liczyła sześć dorosłych, czwórkę dzieci w fotelikach rowerowych i dwójkę w rowerowej przyczepce. Poruszaliśmy się po Amsterdamie bez większych problemów, a jedyną trudnością wydawać by się mogły… inne rowery. A jest ich w mieście naprawdę zatrzęsienie!

GDZIE ZJEŚĆ W AMSTERDAMIE?

Kiedy przyszła pora obiadu zdecydowaliśmy się pojechać do rekomendowanej przez Trip Advisor kanjpki z… pieczonymi ziemniakami. W Jacketz zamawia się wielkiego ziemniaka, a potem wybiera dodatki i sos. Dostępne są opcje mięsne, wegetariańskie lub wegańskie, a wszystkie składniki są pyszne i pasują do siebie. Przy okazji warto wspomnieć, że typowa kuchnia holenderska jest w pewnej części zaskakująco podobna do polskiej: jest w niej dużo ziemniaków, smażonych warzyw i kiełbasek. Oczywiście nie brakuje też ryb i owoców morza, ale tymi raczyliśmy się będąc na holenderskim wybrzeżu.

Rowery oraz część fotelików wypożyczyliśmy na cały dzień w jednej w wielu wypożyczali rowerów. Wszystko przebiegło bez problemów, więc śmiało polecamy tę opcję!
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROWERY

 
Holandia słynie z fantastycznie rozbudowanych ścieżek rowerowych. Nie ma co dziwić się, bo to najpopularniejszy środek lokomocji w Holandii. W Holandii klimat jest nieznacznie cieplejszy niż w Polsce i na rowerach jeździ się cały rok. Głównie są to rowery stare, z wielką ramą i obowiązkowym koszykiem. Można na nich jeździć dosłownie wszędzie. Niespecjalnie trzeba się nawet do tego przygotować jako turysta, bo wypożyczalnie są wszechobecne.
Dla przykładu Park Narodowy De Hoge Veluwe- z racji dużego obszaru – należy zwiedzać na jednym z ponad 1700 białych rowerów udostępnianych turystom gratis. Jeśli jeszcze zastanawiacie się, czy podczas wizyty w Holandii odwiedzić ten park to dodam, że znajduje się w nim jeden z najważniejszych zabytków Holandii – Jachthuis Sint Hubertus, czyli Zameczek Myśliwski Świętego Huberta. Najmłodszych na pewno zainteresuje drewniany plac zabaw zlokalizowany przy muzeum i restauracji w centralnej części parku.
Strona internetowa (w językach niderlandzkim, angielskim oraz niemieckim): http://www.hogeveluwe.nl
 

 

 

 

 

 

 

SERY

 
Sery najczęściej kojarzone są nie z Holandią, a raczej z Francją. Jednak to właśnie Holandia jest producentem jednych z najpopularniejszych u nas serów takich jak Gouda czy ser Edamski. Ich nazwy pochodzą od nazw miejscowości, z których się wywodzą. Statystyki mówią, że przeciętny Holender zjada 15 kg sera rocznie, a roczna produkcja to ok. 700 mln. kg serów!

Sklepy kuszą wielkimi kręgami serów, a w Amsterdamie możecie zajrzeć do serowego muzeum.

 

 

 

TULIPANY

 
Widać je wszędzie, są bardzo kolorowe, a ich ogrom zapiera dech w piersiach. Tulipany to kolejny symbol Holandii, które dzięki niemu można ten kraj określić królestwem kwiatów. A stolicę tego królestwa znajdziemy w Keukenhof, gdzie znajduje się ogród botaniczny liczący 32ha powierzchni oraz ok. 6 mln samych tulipanów! Wstęp do ogrodu jest płatny, ale jeśli chcecie – jak my- spontanicznie cieszyć się polami tulipanów, możecie po prostu jechać przed siebie, a na pewno napotkacie nie jedną plantację.
Spełnieniem marzeń wydaje się być w Holandii wiosną, kiedy po horyzont ciągną się pola kolorowych kwiatów. Jednak jeśli chcecie odwiedzić ten kraj głównie po to, by podziwiać morze kwiatów, to jednak przyjedźcie w połowie kwietnia, kiedy to są one w pełnym rozkwicie. Podczas naszej majówki na większości tulipanowych pól już przeważał kolor zielony.

Ciekawą pamiątką przywożoną z Holandii są cebulki tulipanów. Targi kwiatowe, na których można je nabyć, znajdują się w większości dużych miast.

 

 

 

 

 

 

 

 



WYBRZEŻE 

Będąc w okolicach Keukenhof zdecydowaliśmy się na spontaniczny wypad nad Morze Północne i 30 minut po podjęciu decyzji już parkowaliśmy auto w Noordwijk aan Zee, tuż przy wejściu na szeroką plażę.
Dzieci rzuciły się do zabawy w piasku, mamy rozłożyły się na kocu, a ojcowie poszli upolować obiad. Udało im się to tuż przy wejściu na plażę, w budce, której kucharz zaserwował nam jeden z najsmaczniejszych obiadów „to go”, którym raczyliśmy się słuchając szumu fal.

Zdecydowanie więc polecamy wizytę na wybrzeżu, które ugościło nas mięciutkim piaskiem, charakterystyczną nadmorską architekturą, smaczną rybą i zimnym morzem, jak na morze Północne przystało.

 

 

 

W sumie spędziliśmy w Holandii pięć dni. Przywieźliśmy niezapomniane wrażenia, nowe doświadczenia i … apetyt na więcej!!!

Partenerem wyjazdu było CASAMUNDO.

 

 

 

 
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *