TLC Camp 2015 cz. I

No i nadszedł długo oczekiwany przez nas wyjazd. Spotkanie miłośników Toyot, podróżników, pasjonatów off road’u, całych rodzin lubiących spędzać czas wolny na łonie natury. 
 
Z Poznania wyjechaliśmy w czwartek przed 11:00. Kilka dni wcześniej umówiliśmy się z kolegą milczącym, że pojedziemy razem na campa – na dwa samochody. Za punkt spotkania wybraliśmy stację benzynową przy wylocie z Poznania, ale jeszcze przed nią spotkaliśmy się na drodze. Przez CB ustaliliśmy, że wjeżdżamy na stację przybić grabę, dokupić co trzeba i ruszamy.
Prowadził milczący. Do przejechania mieliśmy ok 200 km a GPS informował, że na miejscu będziemy o godz. 14:00. Już po drodze wiedziałem, że dobrze robiłem nie pucując auta na campa. Milczący wybierał bardzo ciekawe drogi, na których momentami dość mocno się kurzyło, zwłaszcza, że jechaliśmy jako drudzy.
 
Na bramie campa przywitały nas uśmiechnięte twarze ludzi, których znałem tylko z wirtualnego świata. Okazało się, że na recepcji nie ma nikogo, więc pojechaliśmy się rozłożyć a sprawy rejestracyjne zostawić na później.
 
Plan campa:
 
Rzut oka na plan i miejsce w jakie postanowiliśmy się wybrać to okolice wyspy – na stałym lądzie – na północy. Finalnie byliśmy największymi odludkami, ale mieliśmy za to błogi komfort i ciszę, której niektórzy nam zazdrościli.
 
Z jednej strony mamy staw i mostek na wyspę, z drugiej strony rów melioracyjny łączący stawy. Z jednej strony można by uznać, że rozbijanie się w wylęgarni komarów to głupi pomysł – zwłaszcza jeśli podróżuje się z małym dzieckiem. Z drugiej strony mamy jeszcze na tyle chłodną wiosnę, że komary mimo, że już są to są zbyt małe, żeby zostać rasowymi krwiopijcami.
 
 

 

 
Parę słów o namiocie. Bo to nasz nowy nabytek. Może nie taki nowy, bo kupiliśmy go w grudniu, ale w maju dopiero do nas dotarł a TLC Camp to pierwsza i najlepsza okazja do przetestowania naszej „chaty”. Mieliśmy potrzebę posiadania rodzinnego namiotu, ponieważ mamy tylko małą, turystyczną „trójkę”, która waży 1,5 kg i mieści komfortowo 2 osoby. Wyjeżdżając na Bałkany używaliśmy pożyczonego namiotu. 
W grudniu w okresie świątecznym trafiliśmy na promocję tego namiotu w Decathlonie. Okazało się, że w cenie jaka nam odpowiada możemy go kupić tylko w sklepie stacjonarnym w Lublinie. Uruchomiliśmy proces „znajomi znajomych” i tak weszliśmy w posiadanie tych dodatkowych 18 kilogramów Quechua family 4.2xl illumin fresh. Największym bajerem jest dla nas przedsionek, w którym można swobodnie stać, mieści się w nim szafka, stolik, krzesła… no i namiot posiada własne oświetlenie LED – wisienka na torcie. Jest to z pewnością namiot zaprojektowany do używania go w ciepłym i gorącym klimacie. Wentylacja w namiocie nie pozostawia żadnych zastrzeżeń. Rozłożenie i złożenie namiotu zajmuję nie więcej niż 5 min. 
W jednej sypialni zainstalowaliśmy dmuchany materac, na którym spaliśmy w trójkę, w drugiej sypialni była nasza szafa i graciarnia zarazem.
 
 

 

 

 
 
No i szafka…organizer kuchenny – również nowy zakup i również polecamy sprzęt. Anuli chyba tego najbardziej brakowało, ona najbardziej się cieszy i wszystkim opowiada o szafce, więc nie mogłem o niej nie wspomnieć. Szafka po złożeniu zapakowana jest w torbę i całość waży niecałe 8 kilogramów. Na półce można umieścić max 50 kg, więc szafka z powodzeniem może robić za szafkę warsztatową 😉 Blat jest aluminiowy i można do niego jeszcze wmontować osłony przeciwwietrzne do kuchenki.
 
Po rozłożeniu się przyszedł czas na relaksację, integrację i planowanie dnia następnego oraz oficjalne otwarcie campa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *