Zojka, królewna Śnieżka

Gdzie: Karkonosze
Długość trasy: 14 km
Czas przejścia: 6:00 h

W niedzielę rozpoczęliśmy nasze długo wyczekiwane wakacje. Na pierwszy ogień poszedł Wałbrzych, a raczej mieszkające tam babcia i babcia pra, którym czekanie na Zojkę dłużyło się bardziej, niż nasze czekanie na urlop. Pisałam już tutaj, że Wałbrzych jest świetną bazą wypadową. Pasmo Gór Wałbrzyskich, Góry Sowie, a nawet sąsiadujące Karkonosze stanowią dla nas niezmiennie smakowity kąsek. 

Od przyjaciół mieszkających w Jeleniej Górze pożyczyliśmy (na czas nieokreślony;)) profesjonalne nosidło górskie. Stamtąd do Karpacza jest taki krótki rzut beretem, że Zojka nawet nie zdążyła zaliczyć swojej porannej drzemki. Nie wiedzieliśmy jak Zojka będzie czuła się w nosidle, dlatego porzuciliśmy pierwotny plan wchodzenia na Śnieżkę szlakiem wiodącym przez Strzechę Akademicką, bo szacowany czas wejścia wynosił około czterech godzin w jedną stronę. W zamian za to zdecydowaliśmy się na podejście szlakiem żółtym i czerwonym do Domu Śląskiego, a stamtąd prosto na Śnieżkę.  Samochód zaparkowaliśmy w dzielnicy Karpacza, zwanej Wilczą Porębą. Wyposażeni w czapki, rękawiczki, kanapki i termos z herbatą ruszyliśmy żółtym szlakiem w górę. Po kilkunastu minutach Zojka zasnęła kołysana jednostajnym marszem. Fajnie, bo to znaczyło, że dobrze się czuje w nosidle. Uff… Wygląda na to, że zdobędziemy dziś najwyższy w życiu Zojki szczyt. Kamienna droga wiodła przez las, momentami dość ostro w górę, wzdłuż rzeki Łomniczka, która swoim szumem wygrywała dla nas charakterystyczną górską muzykę, aż po godzinie doszliśmy do Schroniska Nad Łomniczką. Tutaj zrobiliśmy sobie pierwszą przerwę – głównie dla Zojki, by ta rozprostowała swoje małe ciałko. Pomysł bardzo jej się spodobał, bo w pustej sali urzędowała na czworaka usiłując nadążyć za kotem, który pojawił się zaraz po naszym przyjściu.
 

 

 

 

Ze schroniska ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem w górę. Godzinna wędrówka stamtąd do Domu Śląskiego była dość wymagająca, a gdy znaleźliśmy się w Kotle Łomniczki zaczęło na dodatek dość mocno wiać. Postawiliśmy Zojce daszek i okryliśmy nosidełko pokrowcem przeciwdeszczowym, a sami założyliśmy opaski na głowę. W górze ledwo widoczna była Śnieżka, więc wiedzieliśmy, że na lepszą pogodę nie mamy co liczyć. Maleńka była jednak bardzo dzielna i zza plastikowego okienka podziwiała krajobraz. Mijając symboliczny cmentarz Ofiar Gór zauważyliśmy więcej tabliczek, niż wtedy, kiedy byliśmy tu po raz ostatni. „Martwym ku pamięci, żywym ku przestrodze”.
Na ostatnim odcinku przed Domem Śląskim Zojka zasnęła, więc postanowiliśmy nie robić tam przerwy, tylko atakować szczyt. Bardzo mocno wiało, w związku z tym zamiast czarnego szlaku prowadzącego ostro w górę wybraliśmy szlak czerwony, okrężny i dużo łagodniejszy. Idąc pod górę podziwialiśmy długą, krętą wstążkę w dole, która była szlakiem, jakim przed chwilą szliśmy. Kawał drogi, zwłaszcza ze słodkim ciężarem na plecach.
 

Po drodze spotkaliśmy niemieckiego turystę, który w pomimo swoich 92 lat dziarsko szedł pod górę. Sobie życzyliśmy w myślach takiej kondycji w tym wieku. Po trzech godzinach stanęliśmy na najwyższym szczycie Karkonoszy – Śnieżce (1602 m n.p.m.) i jednocześnie kolejnym szczycie Korony Gór Polskich, jaki zdobyła Zojka. Wiało na maksa, ale nam nie przeszkadzało to w rodzinnej radości! Po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia od razu ruszyliśmy w dół, głodni i trochę zmarznięci wybraliśmy tym razem szybszy, ale bardziej stromy czarny szlak, by po 15 minutach znaleźć się już w schronisku. Dodam, że Zojka wzbudzała niemałą zazdrość wśród uczestników wycieczki szkolnej, którzy chętnie wsiedliby tacie Bedu na barana, jak Zojka.

 

 

Wzrok wszystkich obecnych w schronisku skierowany był na Zojkę, która śmiała się, gadała, robiła rączką „Indianina” klepiąc się po buzi i wydając charakterystyczne dźwięki. Zagadywała do ludzi, rozdawała uśmiechy w taki sposób, że śmiem przypuszczać, że zebrani tam do dziś opowiadają o Zojce swoim znajomym. Na dodatek bezdyskusyjnie była najmłodszym gościem na sali, czym i my, i ona wzbudzała nieukrywany podziw. Dla niej to być może było bez znaczenia, my prężyliśmy się z dumy. Fajnie. Dodało nam to sił na drogę powrotną. Zanim jednak wyruszyliśmy w dół zjedliśmy po słusznej dawce kanapek, a Zojka swój obiad, otwierając buzię szybciej niż tata Bedu nabierał danie z delikatnej ryby. Tego jeszcze nie było!

Wracaliśmy w dół w promieniach słońca – niczym w blasku chwały. Zojka znów usnęła, a my ciągnięci grawitacją schodziliśmy lekkim krokiem. Po dwóch godzinach byliśmy już przy samochodzie i ani się obejrzeliśmy, siedzieliśmy już w Wałbrzychu przy stole rozgrzewając się smaczną zupą, a Zojka szalała na czworaka między nami. Wspaniały dzień.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *