Spacer w Wielkopolskim Parku Narodowym

„Skarbów przyrody nie trzeba szukać daleko. Jeden taki leży zaledwie kilkanaście kilometrów od centrum Poznania” – przeczytaliśmy ostatnio w dodatku do Gazety noszącym tytuł Odpocznij w Wielkopolskim Parku Narodowym. Ostatni raz byliśmy tam z sześciotygodniową Zojką – zresztą ta wycieczka była niejako zalążkiem tego bloga (możecie przeczytać o tym tu: Zoja w Wielkopolskim Parku Narodowym). Bo, jak w cytowanym artykule, jesteśmy zdania, że niezapomnianych przeżyć nie dostarcza wyłącznie daleka egzotyka. 
 
Wielkopolski Park Narodowy daje mnóstwo możliwości – to prawie 100 km szlaków pieszych, jeszcze więcej rowerowych, ścieżki konne i dobrze zorganizowane miejsca odpoczynku, a to wszystko wśród licznych rezerwatów i jezior. My tym razem wybraliśmy się częściowo szlakiem im. Cyryla Ratajskiego. 
 
Z Poznania dojechaliśmy do Mosiny, i tam – kierowani przez mapę – dojechaliśmy do stacji turystycznej Osowa Góra. Jest tu wyznaczony parking, a duża mapa i czytelne drogowskazy pozwalają zaplanować lub zweryfikować planowaną trasę. Po przejściu kilkudziesięciu metrów naszą uwagę zwróciła wielka, stara lipa przy której znajduje się stare ujęcie wody, zwane Studnią Napoleona. Na tabliczce informacyjnej czytamy, że ponoć Napoleon Bonaparte czerpał stamtąd pitną wodę przed wyruszeniem na Moskwę w 1812r. Nie robimy sobie jednak tu żadnych zdjęć, bo miejsce okazuje się być niezwykle popularnym – gromadzą się turyści, więc wykorzystaliśmy ich zainteresowanie studnią i sami czmychnęliśmy w głąb parku unikając tym samym tłumów. I słusznie, bo za zakrętem czeka na nas kolejna atrakcja – stacja drezynowa. Chętnych przywiezie z samej Mosiny prywatny drezynowy przewoźnik. 
 

 

 
Idąc dalej leśnym duktem dotarliśmy do malowniczego jeziora Kociołek, potem mijamy Sarnie Doły i jezioro Skrzynka. Każde z tych miejsc jest bardzo dobrze oznakowane, więc nie ma ryzyka pogubienia się. Na dodatek każdorazowo poszerzamy swoją wiedzę na temat procesów geologicznych zachodzących w każdym z opisywanych obszarów.
Podziwiając te wszystkie skarby WPN dotarliśmy nad jezioro Góreckie i na skrzyżowaniu szlaków skręcamy w lewo obierając kurs w stronę jeziora Łódzko-Dymaczewskiego. Po drodze mijamy miejsce odpoczynku i wracają w mig wspomnienia o naszym lutowym spacerze z maleńką Zojką. Dziś jesteśmy wysposażeni w gotowane warzywa i deser w słoiczku, wtedy, w mrozie karmiłam ją piersią pomiędzy jedną drzemką a drugą. No właśnie, bo fakt jest taki, że Zoja ma coraz większą potrzebę podziwiania świata, więc wychyla się z wózka, rozgląda na prawo i lewo, coraz szybciej niecierpliwi tą samą pozycją… Więc idziemy przez ten las, śpiewamy „Jadą, jadą misie, hej ho!”, ale szybko milkniemy słysząc stukot dzięcioła. Jesteśmy w końcu w Grabinie – obszarze ochrony ścisłej.
 

 

 

Po wyjściu z lasu i idąc w stronę wsi Górka weszliśmy w piękną aleję czereśniową. Pomyślałam, że warto wybrać się tutaj ponownie w czerwcu, kiedy zakwitnie. Idąc przez wieś wypatrywaliśmy szlaków, aż w końcu na jej końcu zobaczyliśmy niebieskie znaki kierujące nas w lewo, wzdłuż pola z kukurydzą. Piękna, słoneczna trasa! Pomimo października rozebraliśmy się do krótkich rękawów i nie spotykając przez cały czas ani żywej duszy szliśmy w kierunku jeziora. W tym miejscu do niebieskiego szlaku dołącza szlak czarny. Tutaj też zaczęła się nasza improwizacja wycieczkowa. Przy jeziorze skręciliśmy w lewo i  ruszyliśmy przed siebie. Trasa malowniczo ciągnęła się wzdłuż obszaru o nazwie Czapliniec – kiedyś miejsce gnizadowania czapli siwych, dziś niestety wyłącznie ich żerowania.
Nasza improwizowana trasa wiodła przez dawno nie uczęszczane drogi – efektem było zebranie kilku ogromnych kań. Początkowo zostawialiśmy przydrożne trofea nietknięte, ale po napotkaniu trzeciej, czy też czwartej okazałej sztuki zaczęliśmy je zbierać. I tak spacer przerodził się w kaniobranie.
W drodze powrotnej nasza mała turystka zaprotestowała i nie było takiej mocy, która by ją zatrzymała w wózku. Strajk nad strajki! Cóż było robić – tata Bedu na przemian trzymał Zojkę na rękach, niósł na barana, a nawet w chwycie „pod pachą”. Wszystko, po to, by Zoja dotrwała do samochodu. Udało się. Wróciliśmy cali, zdrowi i w nietkniętej konstrukcji psychicznej.

 

 

 

 
 
Dokładnie opisane wszystkie trasy Wielkopolskiego Parku Narodowego znajdziecie tu:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *