O Krakowie z dzieckiem spontanicznie

Oboje z Bedu uwielbiamy spontaniczne wypady. Akcja – reakcja, jest pomysł, pięć minut na spakowanie się i w drogę. Jeszcze będąc w ciąży planowaliśmy wyprawy na kolejnych kilka lat – całą Rodziną. Stąd też pomysł na ten blog – by w jednym miejscu zebrać nasze przygody, trasy, wspomnienia, doświadczenia. Ale też, by pokazać tym, którzy jeszcze się wahają, którzy boją się, że dziecko zmieni ich sposób podróżowania o 180 stopni, że tak być nie musi, bo sami
sobie nadal jesteśmy sterem, żeglarzem i okrętem. Tyle, że dochodzi kolejny sternik. Generalnie to, jak przeżywać będziemy podróże małe i duże zależy przede wszystkim od naszego nastawienia.
 
Zatem nasze nastawienie oceniam na szóstkę z plusem. Za nami już kilka dłuższych tras poPolsce, a przed nami długi czerwcowy weekend. Postanowiliśmy wybrać się samochodem do Krakowa. Z Poznania to niecałe 500 km czyli jakieś
sześć – siedem godzin jazdy. Oczywiście, jeśli Zojka nie ogłosi po drodze strajku. Postanowiliśmy wyjechać zaraz po pracy Bedu w środę, by długi weekend wydłużyć jeszcze bardziej. Jazda bezpośrednio do Krakowa wydała nam się zbyt karkołomna, więc odświeżyliśmy starą znajomość i około 23 zajechaliśmy do dawno niewidzianych znajomych. Rano, po wspólnym śniadaniu, ruszyliśmy w dalszą drogę, mając do pokonania niecałe 100 km. Idealny odcinek na zojkową pierwszą drzemkę.
 
W Krakowie spotykaliśmy się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, wpadaliśmy do starych miejsc, odkurzaliśmy wspomnienia. Ale generalnie wszystko to i tak działo się na nowo, bo pierwszy raz byliśmy tu z Zojką. Nie będę uprawiać kryptoreklamy miejsc przystosowanych do przychodzenia z dziećmi ani besztać publicznie tych, które jeszcze na to gotowe nie są. Choć, drżyjcie braki – przewijaki, bo może następnym razem pokuszę się o akcję na miarę Ani Muchy, która wywalczyła zmianę warunków do przewijania dzieci w sieci popularnych stacji benzynowych.
 

 

 

„Kraków spontanicznie” to bardziej chęć pokazania, że z niemowlakiem można wychodzić do ludzi. Powiedziałabym nawet, że takie zwiedzanie (włóczenie się, jeśli ktoś woli) z maleństwem otwiera oczy na pozornie znane miejsca. Możesz latami chodzić do tej samej knajpy, ale gdy pojawisz się przed nią z wózkiem zastanawiasz się: „Czy te schody zawsze tu były”, albo oburzasz się w myślach na bezmyślnie wąskie przejścia i ciasno poustawiane stoliki. Tylko w jednym z odwiedzonych przez nas miejsc w toalecie był kącik do przewijania – standard wyśrubowany? Chyba tak, bo była to naprawdę dobra restauracja. W barach, kawiarniach i knajpach nie znalazłam takowych niestety. W dwóch miejscach były krzesełka do karmienia dla dzieci – i od razu dało się zaobserwować popyt na nie, bo wszystkie były zajęte. W pozostałych miejscach trudno byłoby wjechać wózkiem – dlatego nieoceniona okazała się chusta do noszenia naszego Gugulca. Kraków spontanicznie pokazał nam, że włóczenie się z Zojką po mieście jest przesuper, że brak różnych udogodnień Zojce nie przeszkadza, a raczej dla nas może okazać się utrudnieniem, ale na szczęście nie przeszkodą, by się z nią w mieście pojawiać. Popieramy miejsca „kids friendly”, ale nie chcemy ograniczać się wyłącznie do tych oznaczonych, bo zainteresowane spojrzenia ludzi przy stolikach obok, ich serdeczne uśmiechy zachęcają do tego, by wychodzić i szerzyć turystykę niemowlęcą, a ona wcale nie musi być „specjalna”.

 

 

 
Zojka nauczyła mnie podnosić wzrok, patrzeć w niebo i podziwiać korony drzew. Może restauratorów ona i jej rówieśnicy nauczą nowego patrzenia na biznes i ci przekonają się do kilku wielkich niewielkich inwestycji?
 
Tags from the story

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *